Translate

piątek, 6 lipca 2018

#032- POMORSKIE WĘDRÓWKI - MIASTO NASZEGO PREZYDENTA TO TEŻ DOBRY POMYSŁ NA WEEKEND





PREZYDENT RZECZPOSPOLITEJ POLSKI ALEKSANDER KWAŚNIEWSKI  1995-2005

 Ilustracja
No i znowu kończy nam się tydzień pracy a zaczyna weekend. Nie wszyscy mogli wyjechać na wakacje. Tym którzy muszą pełnić straż na odpowiedzialnym froncie pracy polecam dziś miejsce na spędzenie choćby tylko jednego dnia a może i całego weekendu.
To miejsce to BIAŁOGARD (niem.BELGARD).


                         Białogard znany obecnie głównie z tego że urodził się tu i wychował były Prezydent Rzeczpospolitej Polski pan Aleksander Kwaśniewski, swoją historią sięga przełomu XII i XIII wieku. Pierwsze źródła pisane wspominają o Białogardzie już 1124 a nawet jak ostatnio ustalono 1102 roku. Wiadomo też że Białogard był dwukrotnie zdobyty przez Bolesława III Krzywoustego w 1102 i 1107 roku. Gal Anonim pisze w swoich kronikach o nim jako o grodzie królewskim. W 1124 roku przez kilka dni przebywał w grodzie biskup Otton z Bambergu. W 1289 r. władał Białogardem książę Przybysław. 2 sierpnia 1299 roku książę Bogusław IV nadał istniejącej już osadzie przywilej lokacyjny według zasad Prawa Lubeckiego.Otrzymał wtedy też prawa miejskie. Na XIV wiek przypada wzrost znaczenia miasta w życiu gospodarczym . W roku 1307 nadano miastu prawo składu na wszystkie towary. W roku 1315 książę Warcisław IV przenosi z Anklam do Białogardu rezydencję książęcą. Od roku 1386 Białogard przynależy do Związku Hanzeatyckiego. Powiązania gospodarcze z Brandenburgią, Szwecją, Danią i resztą miast Związku Hanzy sprawiły że razem z całym, Pomorzem Białogard cieszył się z szybkiego rozwoju gospodarczego. Dopiero Wojna Trzydziestoletnia spowodowała upadek miasta które od Pokoju Westfalskiego wcielono do Brandenburgii. Białogard stał się silnym miastem garnizonowym a od XIX wieku również znanym z dobrze rozwiniętego przemysłu rolno-spożywczego. Dużą zasługę ma tu wybudowanie linii kolejowych łączących miasto z Koszalinem(niem Köslin.), Szczecinem (niem. Stettin), Kołobrzegiem (niem.Kolberg ), Szczecinkiem (niem. Neustettin) oraz linii wąskotorowych do Bobolic (niem. Bublitz ) i Rarwina (niem.Rarfin ). W trakcie II WŚ w Białogardzie stacjonowała 32 Dywizja Piechoty Wehrmachtu dowodzona do 1X1939 roku przez  Generalleutnanta Franza Böhma.  Białogard został zdobyty w dniu 5 marca 1945 roku przez oddziały radzieckie 19 Armii, 1 Armii Pancernej, 2 Samodzielnego Korpusu Kawalerii Gwardii Armii Czerwonej oraz żołnierzy 1 Armii Wojska Polskiego.
                   Po wojnie krótko, bo do 7 maja 1946 roku miasto nosi nazwę BIAŁOGRÓD po czym zostaje ona zmieniona na BIAŁOGARD bardziej odpowiadającą tradycjom pomorskim. Do lat 90  stacjonowały tu znaczne zgrupowania jednostek Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej. W położonym niedaleko Podborsku (niem.Kiefheide) znajdowała się radziecka składnica broni nuklearnej.


   Obecnie jest tu muzeum zimnej wojny filia Muzeum Oręża Polskiego w Kołobrzegu.


Dworzec kolejowy z XIX wieku.
Nowy Ratusz.
Brama Połczyńska z XIV wieku.
 Stary Ratusz z I połowy XIX wieku.
Ukryte pod szkłem ruiny najstarszego ratusza Białogardu.


Mury obronne z XIV wieku
Stara Poczta
Park Miejski a poniżej zabytkowe kamieniczki.






Muzeum Miejskie.

To właśnie w tym muzeum znajduje się kolekcja odznaczeń otrzymanych przez Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Przekazał on je w darze swojemu rodzinnemu miastu i można je obejrzeć w muzeum.






 Jeśli ktoś zdecyduje się na weekend w Białogardzie do swojej dyspozycji znajdzie też kilka niezłych i do tego niedrogich hoteli oraz restauracji serwujących smaczne posiłki.

      ZAPRASZAM WAS NA WEEKEND DO BIAŁOGARDU.

Ps. Może niektórych interesuje dlaczego zawsze podaję niemieckie nazwy miejscowości. Pomorze Zachodnie jak każdy teren pograniczny zawsze był wielonarodowy. Tu dominował żywioł niemiecki. Były też niewielkie enklawy ludności Słowińskiej, Kaszubskiej, Kociewiackiej, Duńskiej czy Żydowskiej. 1000 lat wspólnej historii odcisnąło swoje piętno na tych ziemiach. Widać to m.in. w nazwach. Historii nie wolno zniekształcać i zmieniać. Historię trzeba szanować i wyciągać z niej wnioski a nazwy miejscowości to też historia. Dlatego tak robię.

 

 Proszę o wasze komentarze i jeśli wam się podobało to udostępniajcie a jeśli podoba Wam się tematyka moich blogów (after the reset) i (MĘSKI BIGOS) , i uważacie moje teksty za interesujące to proszę o polubienie, lajkujcie i dopiszcie się do listy obserwujących. Z góry dziękuję i pozdrawiam.

    czwartek, 5 lipca 2018

    #031 - LUBLIN 51 / NIECHCIANY PODARUNEK WODZA


    Kiedyś znienawidzony przez fabrykę w Lublinie i pracujących tam ludzi. Dziś obiekt pożądania i westchnień. 
    LUBLIN 51.





                  Ta piękna wariacja na temat tego o czym będę dziś pisał jest fantastyczna. Widziałem jak jeździ i, szczerze powiem, sam chętnie bym nią pojeździł. To co włożono pod maskę, jak wyposażono wnętrze i to czym jest ta zabawka jest zupełnie bez znaczenia. Jest jednak jeden niezaprzeczalny fakt - wygląda odlotowo. Ktoś wpadł na pomysł wykorzystania kabiny od radzieckiego GAZ-a 51 i zrobił to genialnie. Zanim jednak pozachwycamy się tym pięknym Hot rodem sięgnijmy dość głęboko w historię.

    Po II WŚ zniszczony przez Niemców i wycieńczony wojennym wysiłkiem Związek Radziecki potrzebował praktycznie wszystkiego. Trzeba było odbudować kraj ze zniszczeń wojennych. Miasta, wsie, fabryki, jednym słowem wszystko. Słabo rozbudowana sieć kolejowa, niskiej jakości drogi wymagały bardzo solidnego transportu który podoła trudom eksploatacji. Na barki transportu kołowego spadł przewóz materiałów budowlanych, gruzu ze zniszczonych miast a nader wszystko żywności z Kołchozów i Sowchozów do miast. Samochody z demobilu wojskowego radzieckie jak i otrzymane w ramach Land Lease był już mocno wyeksploatowany. Przemysł z trudem przestawiał się na produkcję pokojową. Dostarczał jednak modele z przed wojny. Samochody ZIS 5
                    oraz GAZ AA
         we wszelkich mozliwych wersjach były już przestarzałe a gospodarka domagała się coraz to nowszych konstrukcji. Również wielki Wódz Stalin naciskał na szybkie uruchomienie produkcji nowych pojazdów. 

    Prace projektowe nad nową ciężarówką zaczęto już w 1937 roku. Przerwane w trakcie wojny wznowiono w 1943 roku. Po opracowaniu kilku prototypów
                                                                                                                 w 1945 roku zaprezentowano efekt końcowy GAZ-51. Auto które do dziś dzień można spotkać w różnych wersjach na drogach Rosji i innych krajów byłego ZSRR. W pierwszej serii samochód dysponował jeszcze drewnianą, krytą dermatoidem kabiną.
             Później zastąpiono ją w pełni metalową. 

    W jego budowie wykorzystano szereg elementów skopiowanych z innych samochodów. I tak kabina wzorowana była na Studebaker US-6, skrzynia biegów to Dodge WC a tylny most to podobno Opel Blitz. To jednak nie było ważne. Zrobiono niezły samochód ciężarowy, solidny, odporny na radzieckie drogi i do tego ładny.
             Na permanentny brak samochodów ciężarowych cierpiała bardzo także Polska.  Uruchomienie w 1948 roku seryjnej produkcji nowoczesnego samochodu STAR 20, mimo szybko wzrastającej produkcji nie wystarczało. Zagraniczne zakupy wiązały się z dużymi wydatkami a tym nasza zrujnowana gospodarka nie mogła sprostać.  Podjęto więc decyzję o zakupie  w 1951 roku radzieckiej licencji na samochód GAZ-51. Planowano produkować 12000 samochodów rocznie. Produkcję ulokowano w Lublinie w przedwojennych zakładach Lilpop, Rau i Loewenstein . Była to największa korporacja przemysłowa przedwojennej Polski. Zajmowała się produkcją samochodów osobowych, ciężarowych, autobusów, wagonów kolejowych i lokomotyw, szyn kolejowych, silników spalinowych i parowych, pomp, wagonów tramwajowych, turbin parowych, maszyn rolniczych, pralniczych i całej masy innych wyrobów metalowych. Firma posiadała także bardzo rozbudowaną produkcję zbrojeniową. Ta firma to był polski General Motors. Nota bene z tą właśnie amerykańską firmą  była ona zwiąana bardzo zawansowaną współpracą. Wybudowane tuż przed wojną zakłady miały masowo produkować samochody Chevrolet, Buick i Opel. Niestety wojna pokrzyżowała ye plany a w lubelskiej fabryce rozpoczęto produkcję GAZ-a 51 nazwanego w polskiej wersji LUBLIN 51.
    Auto miało ładowność 2,5 tony. Czterosuwowy, sześciocylindrowy silnik typu M-51 ustawiony był nad osią kół przednich, średnica cylindra wynosiła 82 mm, a skok tłoka 100 mm. Przy objętości skokowej 3840 cm3 i stopniu sprężania 6,2 silnik osiągał moc 51,5 kW przy 2800 obr/min i maksymalny moment obrotowy 200 Nm przy 1500 obr/min. Kadłub silnika odlewany z żeliwa miał suche tuleje cylindrowe. Głowica odlewana była ze stopu lekkiego. Zastosowano dolnozaworowy układ rozrządu, smarowanie mieszane ciśnieniowo-rozbryzgowe i chłodzenie cieczą o obiegu wymuszonym. W układzie zasilania użyto gaźnika opadowego typu K-22 G o zmiennym przekroju gardzieli. Szkieletem samochodu była rama podłużnicowa o konstrukcji nitowanej. Przednie koła zawieszone zostały zależnie na sztywnej belce o przekroju dwuteowym, wspartej na wzdłużnych półeliptycznych resorach piórowych. Zastosowano także hydrauliczne amortyzatory ramieniowe dwustronnego działania. Sztywny tylny most zawieszony był na wzdłużnych półeliptycznych resorach piórowych głównych, współpracujących z piórowymi resorami pomocniczymi. Pojazd wyposażony został w koła tarczowe z ogumieniem o wymiarach 7.50 - 20". Początkowo produkowano auto z kabiną drewnianą lecz wzorem modernizacji w fabryce GAZ zmieniono ją na w pełni metalową. Samochód podlegał ciągłym modernizacjom. Problemem była jego paliwożerność na którą w ZSRR nikt nie zwracał uwagi a która w Polsce była poważnym utrudnieniem.Przy rozstawie osi 3300 mm długość pojazdu wynosiła.5525 mm. Producent określał masę własną na 2710 kg. Samochód Lublin przystosowany był do ciągnięcia przyczepy o dopuszczalnej masie całkowitej do 3500 kg (z hamulcem najazdowym). Pojazd osiągał prędkość maksymalną 70 km/h, a zużycie paliwa wynosiło ok. 26,5 dm3/100 km. Podwozia samochodów Lublin wykorzystywano także do zabudowy nadwozi specjalizowanych i specjalnych, jak np. sanitarki , furgonu, kina objazdowego czy samobieżnego warsztatu mechanicznego. Często korzystały z niego ekipy energetyczne, hydrauliczne itp. Samochód Lublin, z uwagi na niższą ładowność, nie wytrzymał jednak konkurencji z rodzimym Starem. Podjęto więc decyzję o zaprzestaniu jego produkcji. Łącznie wyprodukowano 17 479 egzemplarzy.

                 Dziś te auta są w Polsce bardzo rzadko spotykane. Czasami ktoś jeszcze je eksploatuje w transporcie. To że samochód ponad 70-cio letni jeszcze nadaje się do pracy dobitnie świadczy o jakości jego konstrukcji i mistrzostwie inżynierów, techników i robotników lubelskiej fabryki. Większość spotykanych LUBLIN-ów 51 to już pieczołowicie odrestaurowane zabytki które cieszą oczy miłośników starej motoryzacji na zlotach.

                         Pierwsze samochody LUBLIN 51 montowane jeszcze z radzieckich części.

            GAZ 51 powyżej a LUBLIN 51 poniżej. Różnica w napisie na boku maski silnika





                Po zakończeniu produkcji tego auta dla lubelskiej fabryki nastał czas roskwitu i produkcji samochodu który był znany prawie na całym świecie. No ale to już inna historia którą niedługo opowiem.
      jeszcze dwa krótkie filmy mojego przyjaciela Ivana Zenkevicha z Moskwy o tych dwóch bliźniaczych samochodach. Oba są niestety po rosyjsku ale mam nadzieję że Polakom nie sprawi kłopotu. Przyjaciele z innych krajów pewnie też jakoś sobie poradzą.















    #030 - POSIŁEK SMAKOSZA - PERUWIAŃSKIE CHILLY


    Witajcie

    Wakacje fajna sprawa. Niestety większość planów wzięła w łeb. Osobista "czarownica, uzdrowicielka lub wiedźma", nieważne jak ją nazwiemy, miała pecha i złamała sobie nóżkę (duchy pól i lasów niestety nie ochroniły). Do tego do bram fortecy zawitał student na wakacje. No i sam niestety z wieloma problemami natury egzystencjalnej muszę się zmagać i jednocześnie pamiętać o swoich pasjach i przyjemnościach i ich nie zaniedbywać. Najtrudniej to nakarmić takie towarzystwo. Jedno jest już prawie weganką, drugie wręcz przeciwnie a ja to tak trochę pośrodku. I tak to dwa obiady robić trzeba, śniadanie robimy razem a ja kolacji nie jem więc to jest mój czas żeby coś napisać. Student gdy jest na wygnaniu to pewnie żyłby najchętniej na pizzy, hamburgerach, spagetti, chipsach i tym podobnych wynalazkach więc trzeba czasem wymyślić coś co przypomina jakiś fast food ale nim nie jest. To jednak dość trudne. Tym razem się udało - na pytanie " Lubisz chili con carne? - uśmiech, błysk w oczach i odpowiedź pozytywna. To dość prosta potrawa, łatwa i szybka do zrobienia no i smaczna. To też całkiem niezły pomysł na obiad. Przy okazji zdradzę że łatwo można uniknąć dodawania dziwnych składników o niepewnym składzie. Przestrzegam przed różnymi gotowymi zestawami przypraw. Zawsze jest w nich olej palmowy (straszne świństwo) oraz glutaminian sodu (trucizna którą raczy nas wiele firm spożywczych). To ważne w domu w którym je się tylko produkty ekologiczne, wędliny i kiełbasy są własnego wyrobu. Cała reszta przetworów stojących w najlepszej na świecie spiżarni  też. Idziemy więc do przepisu który jest modyfikacją przepisu który dostałem bardzo dawno temu o Peruwiańczyka zamieszkałego na stałe w Polsce. Jest wariacją na temat Chili po peruwiańsku a więc raczej łagodnego w smaku. Jeśli komuś jest mało ostrości to zawsze może sobie dodać.
    Z CZEGO ZROBIĆ?
    •  250 g mielonej wołowiny
    • 250 ml pomidorów obranych ze skórki i pokrojonych w kostkę
    • 1 łyżka koncentratu pomidorowego 30% 
    • 100 ml wody
    • 0,5 puszki czerwonej fasoli
    • 0,5 puszki kukurydzy (lub 1 kolba ugotowanej kukurydzy)
    • 1 cebula
    • 1 duża szczypta: chili, pieprzu cayenne, słodkiej papryki, ostrej papryki, oregano, kminu rzymskiego - ilość przypraw należy dostosować do własnych upodobań
    • 1 czerwona papryka
    • 2 łyżki oliwy
    • 2 ząbki czosnku
    • oliwa z oliwek
    • sól, pieprz



    JAK ZROBIĆ?


    1. Cebulę i czosnek posiekaj, podsmaż na oliwie. Dobrze jest lekko posolić. Wtedy nie pryska i trudniej się przypala.
    2. Po 2-3 minutach dodajemy wszystkie przyprawy i mięso, smażymy na dużym ogniu do momentu, aż mięso zmieni kolor.
    3. Dodajemy posiekane pomidory i koncentrat pomidorowy rozcieńczony wodą...
    4. Dodajemy paprykę pokrójoną w drobną kostkę
    5. Gotujemy około 20–30 minut.
    6. Dodajemy osączoną fasolę, kukurydzę, gotujemy jeszcze przez 10 minut pod przykryciem. Dopraw do smaku solą, pieprzem ostrą papryką - jak kto woli.
    7. Możesz podać z ziemniakami, ryżem albo chlebem.
       Ostatnio pisałem też o nowościach https://meskibigos.blogspot.com/2018/07/czas-odniesc-cos-do-spizarni.htmlwynoszonych do mojej wspaniałej spiżarni. Były tam różne kiszonki oraz nalewki. Ostatnio zrobiłem jeszcze jedną wspaniałą nalewkę. Stoi teraz na półce i dojrzewa. Chciałem tu wykorzystać sezon na zielone orzechy włoskie. 

      I tak wziąłem 
      0,75 l czystej dobrej wódki
      6-7 posiekanych zielonych włoskich orzechów
      1 duża pomarańcza, umyta i podzielona na cząstki
      1 cytryna, również umyta i podzielona
      1 laska cynamonu
      2 goździki
      1 szklanka miodu lipowego lub rzepakowego

       Wszystkie składniki włożyć do słoja, ładnie poukładać by cieszyły oko, wlać wódkę wymieszaną z miodem. Zamknąć i odstawić do spiżarni w chłodne i ciemne miejsce. Po trzech miesiącach przypomnieć sobie gdzie to stoi, przefiltrować i przelać do kamionkowej butelki lub karafki. 
      SMACZNEGO




      Ładnie wygląda - prawda.
       
      Teraz biorę się do pisania kolejnego posta, tym razem o pewnym zapomnianym już polskim, choć może nie do końca, samochodzie a jest to historia sprzed 60-ciu lat. Dziś już tylko miłośnicy pamiętają że takie auto było i troskliwie pielęgnują ocalałe egzemplarze. 
      No tak, obiad był dla studenta ale nalewka? No może zimą. Zapraszam więc do ogrodowego stołu na chili con carne po polsku.


    niedziela, 1 lipca 2018

    #029 - POSIŁEK SMAKOSZA - Jesień już - Czas zapełnić spiżarnię.

    Późną wiosną, latem i jesienią każdy prawdziwy właściciel spiżarni zamienia się w chomika. Kwasi, marynuje, soli, suszy, robi nalewy i maceraty, smaży konfitury i powidła które potem wynosi do swojej spiżarni. Kiedy przyjdzie zima będą jak znalazł. Wtedy gdy będziemy mieli gości ale też na swój własny użytek. Na pewno wszystko to będzie lepsze i zdrowsze o różnych marketowo-chemicznych tworów.

    To co widać na zdjęciach poniżej to dwie nalewki orzechowe w trakcie przygotowania. Jedna jest stricte zdrowotna i będziemy jej zażywać gdy nas brzuszek bolał będzie np. po nadużyciu różnych tłustych specjałów.
    Robimy ją tak.
     10 zielonych orzechów włoskich lub czarnych, zerwanych w czerwcu, najlepiej w noc świętojańską, rozgnieść je lub posiekać. Ostrożnie, potwornie brudzą ręce, więc przydadzą się rękawiczki. Posiekane orzechy wrzucić do słoja. Zalać mieszanką 0,5 litra spirytusu 96% i 0,4 litra dobrej czystej wódki np. ..........  tak by wyszło 70 % alkoholu. Słoik zakręcić i odstawić w ciemne, chłodne miejsce w spiżarni na 6 miesięcy. W listopadzie nalewkę przecedzić i zlać do butli z ciemnego szkła oranżowego lub z kamionki. Zażywać po łyżeczce w razie bóli brzuszka
    Tak wygląda po zrobieniu. Teraz będzie dojrzewać 6 miesięcy.
    Orzechy pozostałe po nalewie można ponownie użyć. Trzeba wówczas dodać kilka goździków, 1-2 ziela angielskie, kawałeczek cynamonu, kawałek wanilii oraz 1/2 szklanki dobrego miodu. Wlać do tego 0,75 litra dobrej czystej wódki np........... . Przed Bożym Narodzeniem przecedzić i przelać do kamionkowej butli. Daje świetnego drinka w połączeniu z skondensowanym mlekiem.

    Drugą a właściwie to trzecią będziemy mogli popijać sobie w ciemne, zimowe wieczory.

                                 20 posiekanych zielonych orzechów włoskich wrzucamy do słoja. Dodajemy kilka goździków, ziele angielskie, kawałeczek laski cynamonu, Trochę naturalnej wanilii, szczyptę gałki muszkatałowej, kilka rodzynek. Dodajemy pół szklanki cukru demerara i zalewamy mieszanką 0,5 litra spirytusu 96%, 0,5 litra dobrej czystej wódki i 0,5 litra czystej przegotowanej wody. Tak abyśmy otrzymali trunek o mocy około 40% alkoholu. Całość zamykamy i odstawiamy w ciemne, chłodne i trudno dostępne miejsce na trzy miesiące. Pod koniec września zlewamy i filtrujemy po czym wlewamy nalewkę do kamionkowej butelki-niech nabiera mocy. Podajemy z kamionki lub z pięknej kryształowej karafki.

                              W tle produktów na nalewki orzechowe widać kilka dużych słojów.
    W jednym kiszą się domowe ogórki, takie do szybkiego spożycia. W drugim zaś mój eksperyment. Kiszonka mieszana z kalafiora, rzodkiewki czerwonej i jabłek papierówek. 
    A jak zrobić dobre kiszone ogórki? Oto mój przepis. Sprawdzony.

    1,5 kg ogórków gruntowych max. 12 cm długich
    0,5 dużej główki polskiego czosnku przeciętej na pół razem z łupinami
    5 cm korzenia chrzanu
    liść chrzanu
    1-2 liście dębu
    1-2 liście wiśni
    1-2 liście czarnej porzeczki
    2 baldachy suchego kopru
    2,5 litra czystej przegotowanej wody
    2,5 łyżki niejodowanej soli kuchennej
    1 liść laurowy
    2-3 ziarna ziela angielskiego
    kilka ziaren czarnego pieprzu - wg. uznania
    2-3 łyżki soku z innej kiszonki jako startera

     Na dół słoja wkładamy liść chrzanu, liście dębu, wiśni i czarnej porzeczki oraz baldachy kopru, liść laurowy, ziele angielskie i ziarna pieprzu. Na tym układamy ściśle ogórki. Dodajemy w trakcie układania czosnek i korzeń chrzanu. Przykrywamy to dalej ogórkami. W wodzie rozpuszczamy sól i ciepłą (nie gorącą) solanką z dodatkiem startera zalewamy ogórki. Na wierzchu kładziemy wyparzony talerzyk i obciążamy wyparzonym kamieniem lub (jak ja) butelką z wodą. Od czasu do czasu lekko wzruszamy całość żeby uleciały gazy. Powinno się zbierać biały nalot z powierzchni zalewy. Można jeść po 4-5 dniach. Pycha. Poza tym gdy już pięknie będą ukiszone będzie też można sięgnąć po nie by ugotować rewelacyjną zupę ogórkową według przepisu mojej ukochanej babci Stasi (Stanisławy). Mam nadzieję siedzi, gdzieś tam, pośród obłoków ze swoim wałkiem do ciasta w ręce i uśmiecha się gdy my się tu pamiętamy o niej i zajadamy jej przysmakami.  O tej zupie pisałem w poście https://meskibigos.blogspot.com/2018/06/normal-0-21-false-false-false-pl-x-none_97.html
                                           Kiszone ogórki

                             Drugi słój to jak pisałem to mój eksperyment. Sam jestem ciekaw choć po cichu już popróbowałem i skubnąłem i póki co jestem zadowolony. A zrobiłem to tak.

    1 duży kalafior
    1 duży pęczek czerwonej rzodkiewki
    3-4 jabłka papierówki, całe nieuszkodzone 
    1 liść chrzanu
    1/2 główki czosnku (nie chińskiego)
    5 cm korzenia chrzanu
    2 liście wiśni
    2 liście czarnej porzeczki
    2 liście dębu
    2-3 baldachy kopru suszonego
    Ziele angielski
    Pieprz czarny ziarnisty
    Liść laurowy
    3 litry przegotowanej ciepłej wody
    3 łyżki soli niejodowanej
    2-3 łyżki soku z innej kiszonki jako startera

    Kalafiora umyć i podzielić na średniej wielkości różyczki. Młodych listków nie wyrzucać Czosnek przekroić w poprzek bez obierania. Jabłka dokładnie umyć. Rzodkiewkę oczyścić i umyć. Do słoja włożyć liść i korzeń chrzanu, koper, liście wiśni, czarnej porzeczki i dębu, wszystkie przyprawy. W wodzie rozpuścić sól i z dodatkiem startera zalać ułożone w słoju na przemian różyczki kalafiora, rzodkiewki i jabłka. Obciążyć tak jak ogórki.

                        Kiszonka z kalafiora, rzodkiewki i jabłek
    Zrobiłem też kolejną eksperymentalną kiszonkę. Na razie wygląda pięknie. Zrobiłem na próbe jeden litrowy słoik. Efekty za tydzień.
    1 niewielki pęczek boćwiny z buraczkami
    2 średnie buraki ćwikłowe
    2 marchewki pokrojone w grubsze słupki
    1 różyczka kalafiora
    3-4 rzodkiewki
    1/2 jabłka
    3 ząbki czosnku
    Koper suszony
    Liść chrzanu
    Liść porzeczki czarnej
    Liść wiśni
    Liść dębu
    Listek laurowy
    1 ziarno ziela angielskiego
    2 ziarna pieprzu
    0,5 litra wody
    Łyżeczka soli płaska
    1-2 łyżki startera

    Na dnie wyparzonego słoika układamy liść chrzanu, liście dębu, porzeczki czarnej i wiśni, pieprz czarny, ziele angielskie i liść laurowy oraz czosnek. Wlewamy starter. Wkładamy obrane i pokrojone w półplastry buraki ćwikłowe, boćwinę pokrojoną na duże kawałki, marchewkę, rzodkiewki, ćwiartki jabłka i różyczkę kalafiora. W wodzie rozpuszczamy sól i zalewamy warzywa. Obciążamy i odstawiamy. Chyba za tydzień będzie dobra ?


                            Kiszonka eksperymentalna II
                  
                              No i jeszcze jedna kiszonka. Bardzo prosta w wykonaniu i jednocześnie bardzo smaczna i bardzo dekoracyjna. Czerwoną rzodkiewkę 3-4 pęczki trzeba umyć, usunąć liście. Do  3 litrowego słoja włożyć kawałek korzenia chrzanu, 4-5 ząbków czosnku z łupinami, gałązkę suchego kopru, listek laurowy, kilka ziaren pieprzu czarnego. Na to wkładamy rzodkiewki. W 1,5 litra wody przegotowanej rozpuszczamy 1,5 łyżki soli niejodowanej po czym wlewamy do warzyw. Jeśli mamy to warto dodać łyżkę soku z innej kiszonki. Odstawiamy obciążone jak ogórki. Rzodkiewki ukiszone będą wtedy gdy zmienią kolor na biały z zewnątrz a czerwony w środku, sok zaś będzie miał piękny rubinowy kolor.
    UWAGA  : Na początku kiszenia zapach ze słoja może nie być zbyt przyjemny ale to mija. Rzodkiewka jest krewną kapusty. Kapusta też czasem brzydko pachnie.
                                       Kiszona rzodkiewka.

      Własnoręcznie kiszone czerwone rzodkiewki a obok słój syropu z czarnego bzu (ten przykryty) oraz słój syropu z Wiązówki Błotnej.

    Przepisy na syrop, konfitury i inne takie dobroci z Czarnego Bzu  znajdziecie u mojej  przyjaciółki Joli Grochowskiej pod tym linkiem.http://ziolawglowie.blogspot.com/search?q=czarny+bez
    W identyczny sposób robimy syrop z Wiązówki  Błotnej. Wiązówka rośnie na podmokłych terenach. Kwitnie właśnie teraz. Aha, zero obaw. To roślina której nie można pomylić z inną.https://pl.wikipedia.org/wiki/Wi%C4%85z%C3%B3wka_b%C5%82otna
    Jeśli więc nastawiliśmy nalewkę leczniczą z orzecha włoskiego oraz nalewkę orzechówkę to odnieśmy je grzecznie do spiżarni, postawmy w trudno dostępnym miejscu i na razie o niej zapomnijmy. Również kiszone ogórki, kiszoną rzodkiewkę, kiszony kalafior i mój kiszony eksperyment też tam zanieśmy i systematycznie kontrolujmy. Muszą więc stać w miejscu łatwo dostępnym. Po ukiszeniu możemy je spokojnie zajadać. Takie kiszonki, bez przerwania fermentacji są najzdrowsze. Jeśli zaś będziemy chcieli je przetrzymać dłużej to wówczas trzeba fermentację przerwać np. przez pasteryzację lub wstawienie na 24 godziny do lodówki. Szczelne zamknięcie i ostawienie na półkę zakończy nasze działania.
    Poza tym to jeśli ktoś czasami zachoruje a nie bardzo wie jak sobie pomóc to zapraszam na blog http://ziolawglowie.blogspot.com/ 
    Tam znajdzie całe mnóstwo porad jak sobie radzić z chorobami przy pomocy metod naturalnych, w zgodzie z naturą, prawami przyrody i kosmosu. Wiele z nich to dawna medycyna ludowa o której już zapomnieliśmy. Wiele tam porad z medycyny chińskiej i ajurwedyjskiej. Warto sprawdzić i korzystać. Ja korzystam na co dzień i sobie chwalę.